close

  • Być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej

     

  • AKTUALNOŚCI

  • 19 grudnia 2017

    W najnowszym wydaniu polonijnej „Naszej Gazetki” ukazał się artykuł Jędrzeja Uszyńskiego, I Sekretarza Ambasady RP w Bernie i miłośnika historii, nt. podejmowanych przez pracowników Poselstwa RP prób ratowania Żydów w latach 1942-1943. Publikacja jest próbą podsumowania dotychczas znanych, a także niedawno ujawnionych aspektów działalności polskich dyplomatów w pozyskiwaniu paszportów państw południowoamerykańskich, przeznaczonych dla Żydów przebywających w gettach okupowanej Polski; odsłania również kulisy akcji dyplomatycznej prowadzonej przez Poselstwo na rzecz uznania ww. dokumentów, która przyczyniła się do uratowania z Holocaustu co najmniej kilkuset osób.

    Ambasador Ładoś i jego dyplomaci – niezwykła akcja ratowania
    Żydów z Holocaustu

     

     

    Wśród Polaków ratujących Żydów najczęściej wymienia się osoby uhonorowane tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata: rodzinę Ulmów, Jana Karskiego, Irenę Sendlerową czy Henryka Sławika. Mało kto wie o innych bohaterach - dyplomatach polskiego Poselstwa w Bernie w Szwajcarii, którzy w latach 1940-45 ocalili życie kilkuset Żydom.

     

    Mam tu na myśli posła Aleksandra Ładosia, jego zastępcę Stefana Ryniewicza, konsula Konstantego Rokickiego, a także urzędnika konsularnego Juliusza Kühla,  którzy podczasII Wojny Światowej wspólnie z przedstawicielami środowisk żydowskich w Szwajcarii zorganizowali i przeprowadzili brawurową operację wystawiania południowoamerykańskich paszportów Żydom przebywającym w gettach okupowanej Polski.

     

     Akcja ta, obfitująca w dramatyczne momenty, a jednocześnie będąca przykładem zgodnego i skutecznego współdziałania Polaków i Żydów, jest dobrze udokumentowana w archiwach znajdujących się m.in. w Warszawie, Bernie, Jerozolimie i Londynie, a w przyszłości mogłaby służyć jako podstawa scenariusza dobrego i trzymającego w napięciu filmu.

     

    Praźródła tej operacji sięgają 1939 roku. Mowa tutaj nie tylko o ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę i eksterminacji Żydów, ale także o wydarzeniach w Szwajcarii. Oto bowiem w związku z niemiecką inwazją, syjonistyczny poseł do Sejmu RP, dr Abraham Silberschein zmuszony jest pozostać w Szwajcarii. Wkrótce założy w Genewie Komitet Pomocy Żydowskim Ofiarom Wojny (RELICO), który ściśle będzie współpracował z polską placówką dyplomatyczną. Jednocześnie polskie Poselstwo w Bernie zatrudnia absolwenta studiów doktoranckich miejscowego uniwersytetu, polskiego Żyda Juliusza Kühla.

     

    W maju 1940 roku do Berna przybywa Aleksander Ładoś, były minister w rządzie emigracyjnym. Ładoś ma za sobą kilkanaście lat służby dyplomatycznej – był działaczem niepodległościowym w czasie I wojny światowej, negocjatorem traktatu kończącego wojnę polsko-bolszewicką, a potem posłem w Rydze i konsulem generalnym w Monachium. Rząd generała Władysława Sikorskiego wyznacza go tym razem na posła, czyli w dzisiejszej terminologii, ambasadora w Bernie.

     

    Pierwsze zadanie pojawia się bardzo szybko: w czerwcu 1940 roku granice Szwajcarii przekracza 2. Dywizja Strzelców Pieszych, która woli internowanie od kapitulacji przed Niemcami podbijającymi Francję. Wkrótce – jak pisze sam Ładoś – „z Belgii, Holandii i  Francji” napływają polscy uchodźcy żydowscy. Placówka podejmuje pierwszą walkę – o to, by żołnierze, ale również żydowscy uchodźcy nie byli odsyłani na tereny zajęte przez III Rzeszę. Prawdopodobnie wówczas Juliusz Kühl nawiązuje kontakt z Silberscheinem i innymi organizacjami żydowskimi.

     

    Większość polskich Żydów pozostaje jednak w okupowanym kraju i zdana jest na łaskę i niełaskę zbrodniczego okupanta. Pod koniec 1941 roku Poselstwo wchodzi w posiadanie ważnej informacji: jednej z żydowskich rodzin ze Szwajcarii udało się zdobyć dla bliskiej osoby paszport Republiki Paragwaju i dzięki temu wywieźć ją z okupowanej Polski.

     

    Skąd wzięła się sama idea ratowania ludzi dzięki paszportom państw latynoamerykańskich? Trzeba pamiętać, że w warunkach okupowanej Polski nasz paszport nie stanowił żadnej ochrony przed wywózką do obozu zagłady lub zabiciem. Natomiast obywatele państw neutralnych nie podlegali przepisom okupacyjnym i trafiali do obozów dla internowanych cudzoziemców we Francji lub Niemczech, gdzie przebywali pod opieką Czerwonego Krzyża. Niemcy potrzebowali ich bowiem do ewentualnej wymiany na swoich obywateli, internowanych w państwach Ameryki Południowej.

     

    Gdy Niemcy dokonują już zakrojonej na szeroką skalę zagłady polskich Żydów, Poselstwo robi, co może, by jak najefektywniej wykorzystać schemat. Po zidentyfikowaniu potencjalnych współpracowników polscy dyplomaci nawiązali kontakt z kilkoma konsulami państw południowoamerykańskich, w tym z konsulem honorowym Paragwaju, który latem 1942 roku zgodził się na współpracę. Istnieją poszlaki wskazujące, że na podobną współpracę zdecydowali się konsulowie m.in. Hondurasu, Chile, Haiti oraz Ekwadoru.

     

    Schemat operacji był prosty: konsulowie dostarczali za pieniądze puste paszporty, organizacje żydowskie szmuglowały z gett listy beneficjentów oraz ich zdjęcia paszportowe. Wszystko to trafiało do budynku Sekcji Konsularnej Poselstwa RP, gdzie trwała masowa produkcja fałszywych dokumentów. Listy i blankiety dostarczał Juliusz Kühl, zaś dokumenty ręcznie wypisywał konsul Konstanty Rokicki. Tak wytworzone fałszywe paszporty wracały do konsulatów południowoamerykańskich, były opieczętowywane i poświadczane odpowiednimi podpisami. Robiono z nich uwierzytelnione kopie lub dokumenty poświadczające obywatelstwo danego państwa i dostarczano  – często korumpując urzędników okupacyjnych – pod wskazane wcześniej adresy w Polsce. Wszystko odbywało się przy dwóch berneńskich ulicach, oddalonych od siebie zaledwie o kilometr.

     

    W ten sposób w warszawskim getcie w 1942 i 1943 roku pojawiają się setki, a może tysiące obywateli Paragwaju, Hondurasu i innych krajów południowoamerykańskich. Sprawa fałszowania paszportów jest powszechnie znana, nie wiadomo jednak nic o tym, kto je produkuje. „Chciałbym mieć paszport Paragwaju, złoty i wolny to jest kraj”– pisze we wstrząsającym wierszu Paszporty Władysław Szlengel, przedwojenny polsko-żydowski poeta i autor wielu szlagierów lat 30. Zginął wkrótce potem w czasie likwidacji getta.

     

    Po co organizacjom żydowskim było polskie Poselstwo?  Państwa Ameryki Południowej reprezentowane były przez konsulów honorowych – Szwajcarów, którzy wykonywali swoje zawody i nie mieli takiej wprawy w prawdziwej działalności konsularnej. Tymczasem operacja Kühla i Rokickiego, wspierana politycznie przez Ładosia i Ryniewicza, wymagała wypisywania kilkunastu paszportów dziennie. To zajmowało dużo czasu. Poselstwa i ambasady innych państw europejskich niestety nie wykazywały podobnego zapału. W jednym z dokumentów Abraham Silberschein pisał wprost: „Poselstwo RP w Bernie robi w tym zakresie wszystko co może, aby ratować swoich obywateli”. Dla polskiego dyplomaty Żyd z getta był po prostu Polakiem, któremu należało udzielić wszelkiej pomocy.

     

    Znamienne są w całej tej sprawie bardzo serdeczne stosunki między polskimi dyplomatami i ich żydowskimi współpracownikami. Zachowała się korespondencja między Silberscheinem, konsulem Rokickim i radcą Ryniewiczem, zastępcą Ładosia. Nie pojawia się w niej w ogóle kwestia polsko-żydowska. Widać, że państwo polskie nie dzieli swoich obywateli według wyznania i pochodzenia. Co więcej, współpracowano zarówno z Żydami świeckimi, jak wspomniany już były poseł Silberschein, jak również z ultrareligijnymi. Wśród tych ostatnich kluczową rolę odgrywał Chaim Eiss, ortodoksyjny rabin z Zurychu, urodzony w Ustrzykach. Prawdopodobnie był dostarczycielem największej ilości nazwisk – jego skuteczność jako organizatora przemytu i fundraisera budzi respekt.

     

    Akcja była prowadzona w tajemnicy przed władzami szwajcarskimi. Polscy dyplomaci wzięli na siebie olbrzymie ryzyko – prawdopodobne było, że w razie wykrycia procederu może im grozić nie tylko uznanie za persona non grata, ale także wydalenie z kraju (taki precedens miał miejsce w 1940 roku wobec naszego konsula w Genewie). Szwajcaria była okrążona przez państwa Osi, Niemcy nie uznawały emigracyjnego rządu w Londynie, polscy dyplomaci narażali się zatem na śmiertelne niebezpieczeństwo. Jednak poseł Ładoś, nawet naciskany przez władze szwajcarskie, nie szedł na żadne ustępstwa.

     

    Pomimo zagrożenia i śledztwa prowadzonego przez szwajcarską policję ds. cudzoziemców, przez długi czas kontynuowano akcję na własną rękę i bez oficjalnego stanowiska rządu RP. Za wiedzą i aprobatą posła Ładosia, rozpinającego nad podwładnymi parasol politycznej ochrony, Juliusz Kühl oraz Stefan Ryniewicz regularnie odbierali paczki z paszportami, które wypełniał konsul Rokicki. Chcąc zapewnić akcji powodzenie, nasi dyplomaci cały czas utrzymywali kontakt z dyplomatami państw południowoamerykańskich, Poselstwem USA, a także nuncjaturą apostolską. Wielką rolę w pomocy polskim Żydom odegrał ówczesny nuncjusz papieski, abp. Filippo Bernardini.

     

    Poselstwo zaangażowane było nie tylko w wystawianie paszportów i dokumentów potwierdzających obywatelstwo państw południowoamerykańskich, ale również udostępniało swoją łączność radiową żydowskim organizacjom i pośredniczyło w przekazie pieniędzy zebranych przez amerykańskie organizacje żydowskie na rzecz współwyznawców w Europie. Uczestniczyło również w organizowaniu i przerzucie paczek i leków do okupowanej Polski. Ponadto, w latach 1940-42, Poselstwo informowało rząd w Londynie o staraniach mających na celu niedopuszczenie do wydania Niemcom polskich uchodźców pochodzenia żydowskiego, schwytanych na granicy szwajcarsko-niemieckiej. 

     

    We wrześniu 1943 roku ktoś doniósł na konsula Paragwaju. Zatrzymano Eissa i Silberscheina, przesłuchano Kühla, którego statusu dyplomatycznego Szwajcaria nie uznawała, wreszcie wezwano Ryniewicza i Ładosia do złożenia wyjaśnień. Pierwszy z nich spotkał się z samym Heinrichem Rothmundem, szefem szwajcarskiej policji, uważanym za głównego przeciwnika przyjmowania Żydów, drugi interweniował u ministra spraw zagranicznych Marcela Pilet-Golaza. Dzięki ich talentom dyplomatycznym udało się przekonać władze szwajcarskie do przymknięcia oczu na proceder oraz do niewyciągania surowych konsekwencji wobec placówki i dyplomatów (skończyło się na ustnym upomnieniu Polaków i wypuszczeniu Żydów).

     

    Należy zaznaczyć, że poseł Ładoś zawsze energicznie bronił swoich podwładnych, przyznając się jednocześnie do pełnej wiedzy na temat wystawiania fałszywych paszportów. Odmawiał zaprzestania działalności, sprzeciwiał się prowadzonym przesłuchaniom, i działaniom mającym na celu zakończenie procederu, a także odmawiał zwolnienia Juliusza Kühla, co sugerowały szwajcarskie władze federalne.

     

     Znana jest także depesza posła Ładosia do rządu w Londynie, w której prosi rząd RP o „energiczną interwencję” u przedstawicieli państw Ameryki Łacińskiej z prośbą o uznanie ad hoc wydawanych paszportów. W międzyczasie bowiem władze niemieckie, zaalarmowane skalą zjawiska używania dokumentów w Polsce, poprosiły państwa południowoamerykańskie o zweryfikowanie prawdziwości tożsamości osób przebywających w obozach internowanych. Pomimo inicjatywy Poselstwa RP i berneńskiej nuncjatury apostolskiej, zdecydowana większość państw zrobiła to zbyt późno, przez co większość osób trafiła do obozów zagłady. Uznanie przyszło m.in. z Paragwaju, dzięki czemu kilkaset osób doczekało końca wojny.

     

    Niemożliwe jest dziś dokładne ustalenie liczby osób uratowanych dzięki dyplomatom z Berna. Trzeba mieć na uwadze, że podobny proceder był prowadzony również przez niektórych konsulów, inne przedstawicielstwa dyplomatyczne, a także pojedyncze osoby. Zdecydowana większość osób, które przeżyły Holocaust, nie zdawała sobie sprawy z tego, kto wystawiał paszporty, a zatem nie miała świadomości, komu zawdzięcza ocalenie.

     

     Środowiska żydowskie nie miały wątpliwości co do skuteczności polskich dyplomatów. Zachowało się wiele indywidualnych i zbiorowych podziękowań dla pracowników Poselstwa, wysyłanych bezpośrednio na jego adres lub też do rządu RP w Londynie. Dokumenty te wskazują na kluczową rolę Poselstwa w procederze i wskazują, że robiło ono wszystko, aby uratować jak najwięcej osób.

     

    W archiwum rządu RP w Londynie odnaleziono m.in. dokument ze stycznia 1945 roku. Światowa Organizacja Żydowska Agudas Israel wystosowała do polskiego MSZ list dziękczynny, w którym przypomniała zasługi Aleksandra Ładosia, Stefana Ryniewicza, Konstantego Rokickiego oraz Julisza Kühla, wskazując, że „bez ich zaangażowania i pomocy niemożliwe byłoby uratowanie kilku lub kilkunastu setek Żydów”.

     

    Powojenne losy uczestników akcji potoczyły się bardzo różnymi, niekiedy smutnymi ścieżkami. 

     

    Poseł Aleksander Ładoś pozostał w Szwajcarii, potem mieszkał we Francji i w 1960 roku, prawdopodobnie już wtedy ciężko chory, zdecydował się na powrót do Polski. Zmarł w grudniu 1963 roku w Warszawie, pracując nad trzecim tomem swoich wspomnień. Zapowiadał w nim, że opisze sprawę paszportów, ale nie zdążył.

     

    Konsul Konstanty Rokicki zmarł w zapomnieniu w Lucernie w 1958 roku.

     

    Lepiej potoczyły się losy Stefana Ryniewicza, który jeszcze pod koniec lat 80. mieszkał w Buenos Aires. Za swoją działalność polonijną został odznaczony przez Prezydenta RP na uchodźstwie. Juliusz Kühl osiadł w Kanadzie i odnosił sukcesy jako biznesmen w dziedzinie nieruchomości.

     

    Niezależnie od późniejszych losów, wyborów politycznych i życiowych naszych czterech dyplomatów, ich akcja przeprowadzona w czasie II wojny światowej jest powodem do dumy dla polskiej dyplomacji.

     

    Znamienne jest jednak, że tak długo zajęło odkrycie tej prawdy, a ocaleni dopiero dziś dowiadują się, dzięki komu przeżyli Zagładę. Akcja ta pokazuje również przykład polsko-żydowskiej współpracy w obliczu Holocaustu oraz kładzie kres wszelkim antypolskim i antysemickim stereotypom.

    Aleksander Ładoś
    Juliusz Kuhl
    Konstanty Rokicki
    Stefan Ryniewicz

    Drukuj Drukuj Podziel się treścią: